Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PseudoLiteracko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PseudoLiteracko. Pokaż wszystkie posty

Ten, który nie lubi śniegu

Ten, który nie lubi śniegu

Ty, który nie lubisz śniegu
w białych rękawiczkach
po śladach zbrodni dążysz do celu

Ty, którego biel plami
zasypanymi powiekami
przymykasz świat na ciepło szarego oddechu

Ty, którego strach przed roztopieniem
zakuwa w czystą, srebrną zbroję
Rycerzu, którego się boję

O, ty, sypnij między nami
zakop
znajdź mnie pod słowami



Ina

Czerwona sukienka

Czerwona sukienka

Zakładam czerwoną sukienkę. Zakładam ją, choć jest przykrótka, a może nawet właśnie dlatego. To nic, że mam przyszerokie biodra. Zawsze będę takie miała, nawet jeślibym nie jadła nic przez miesiąc. Takie kości. Więc sukienka jest przykrótka. Czerwona. Większość swojego życia przeleżała na śmietniku, więc kolor trochę wyblakł.Więc dlatego lubię ją jeszcze bardziej.
Zakładam czerwoną sukienkę, bo lubię ten kolor. Barwa upartych koziorożców. Wstrętnych, niereformowalnych, nieprzystających do rzeczywistości. Niepotrafiących się zaadaptować do życia tu, na ziemi.
Zakładam czerwoną sukienkę, bo jestem zła. Nie, nawet nie zła. Inne słowo tu pasuje, ale kultura wypowiedzi wymaga. Nie, nie noszę czerwonych ciuchów zawsze przy takim nastroju. Tylko dzisiaj. Wszystko zgodnie z zasadą - im gorzej się czujesz, tym lepiej musisz wyglądać. Bo przecież nigdy nie wiadomo, czy nie spotkam kogoś, kogo nienawidzę, prawda? Nie, nie ma takich osób, które nienawidzę. Ale są takie, które działają mi na nerwy. Na złość im - będę dobrze wyglądać. Na złość im - zakładam czerwoną sukienkę. Przecież czerwień to też kobiecość.
Zakładam czerwoną sukienkę, choć idę tylko na zakupy. Zwykłe, codzienne zakupy. Ale tak chcę. Tak sobie wymyśliłam i tak będzie.
Zakładam czerwoną sukienkę, bo jestem próżna. Bo wiem, że całkiem nieźle w niej wyglądam. Oczywiście, nigdy bym jej nie założyła na nocny spacer. Ale w dzień... Wolno mi. Jestem zła. Bardzo zła. Chcę założyć czerwoną sukienkę!
Zakładam czerwoną sukienkę, bo mam taki kaprys. 13 letnia księżniczka sobie tak zażyczyła i tak ma być. I niech ktoś tylko spróbuje zwrócić mi uwagę, że jest przykrótka, czy że mam przyszerokie biodra. Niech no tylko ktoś spróbuje rzucić jakiś chamski komentarz, czy patrzeć się zbyt długo.

Mam czerwoną sukienkę.

Czerwone sukienki są magiczne.

EDIT: Bo Mama Maminka się domagała... Niestety nic lepszego nie miałam.



Ina

Kiedy milczę

Kiedy milczę

Kiedy milczę nie możesz mi wierzyć
na żadne słowo które nie padnie z ust moich
którego już nie wykorzystasz przeciwko mnie
ten dźwięk
ten zgrzyt
cichej broni w twojej dłoni
milczę

Nie wierz na wiatr próbujący pozbierać szepty
niewypowiedzianych słów martwe sensy
liter zastygłych na nieruchomych wargach
na ten wiatr rzucający niepewność między ciszę
to szum to szmer to gwizd
kłamstwa błysk znów to powie twojej głowie
milczę

Wciąż milczę bezczelnie uparcie i w twarz
bez zająknięcia i co dzień na nowo
choć nie drgnie powieka ty przecież mnie znasz
więc nie wierz mi
nie wierz na słowo

Nie wierz mi prosto w oczy w dno ich słów
druga stronę powieki po której tonie sen
bezkres znaczeń i tęsknoty
nie czytaj w nich ruchu wyblakłych znaków
w suchych spojówkach nie szukaj potwierdzenia
to mur
ściana na twarzy bez marzeń
milczę

I nie wierz na tę wodę jej płynny bieg spraw
i rozmyte znaczenia wypłukany cel
i przypadkowość słów zderzających się falami
na bezsens z zawiązanymi oczami
na ciszę
to jest
to trwa
w serca drganiu na wygnaniu
milczę

Choć milczę bezczelnie uparcie i w twarz
od świtu do końca tak co dzień na nowo
choć nawet nie mrugnę to przecież mnie znasz
więc nie wierz mi
nie wierz na słowo


Ina

O malowaniu na czerwono

O malowaniu na czerwono

Pomalowałam paznokcie na czerwono
myśląc że to coś zmieni
nie zmieniło nic oprócz koloru moich paznokci

Ta czerwień
to kolor krwi kiedy się ją utleni
ale tlenu zbrakło
znikł w suchych ramionach
bajka skończona


Ina

Spojrzenie wstecz, czyli jak poznawałam Zachód...

Spojrzenie wstecz, czyli jak poznawałam Zachód...

Oj, naszło mnie coś ostatnio na wspomnienia. W sumie, nie tak do końca przypadkiem. Ale ani przypadek, ani tym bardziej jego brak, tu akurat nie są istotne. Istotne są te wspomnienia, które wywołują uśmiech na twarzy.

Miałam 18 lat, kiedy wybrałam się pierwszy raz, sama, w dalszą podróż na stopa. Kończyły się najdłuższe w moim życiu wakacje. Lada moment miałam zacząć studia. I właśnie w ostatni, wrześniowy weekend, postanowiłam wyruszyć. Gdzie i po co? Mój cel był jasno określony. Ba! Nawet miał swoje imię. Nazywał się P. Pana P poznałam kilka tygodni wcześniej, podczas festiwalu na Mazurach. Poznałam i zaiskrzyło. A że głowa osiemnastolatki działa tak, a nie inaczej... Co tam odległość! To nic, że ja ze Wschodu, on z Zachodu. 500 kilometrów to pikuś! Tylko telefony to czasami za mało. Przydałoby się spotkać. No to siup! Jedziemy do Stolicy Wielkopolski! Nigdy wcześniej nie byłam po tej stronie kraju. Ale poradzimy sobie, prawda? I nie, nie powiemy nic Panu P. To będzie niespodzianka.
Rzut oka na mapę. No trochę sporo kilometrów, jak na jeden dzień. Ale spójrzmy jeszcze raz. Bo w końcu nie tak daleko od Stolicy Wielkopolski jest Najstarsze Miasto. A w Najstarszym Mieście mieszkała (i mieszka cały czas) kochana Ciocia Wild, którą również poznałam na mazurskim festiwalu. Szybko złapałam za telefon. Piszę. "Przenocujesz?" - "Przenocuję". Ina skacze z radości :)
Pakujemy plecak, opracowujemy odpowiednią, oficjalną wersję dla rodziców (bo przecież jakby wiedzieli, że wybieram się na stopa na drugi koniec Polski to chyba zamknęliby mnie na klucz w pokoju), mapa jest, awaryjne pieniądze na jakiś pociąg (jakby coś poszło nie tak) też są. Spać w nocy nie mogę z tego stresu. A co jeśli coś się stanie?
Ale piątek rano, wyruszamy. Z domu do LPA. Z LPA do Miasta Kawy i Papierosów. Pół Miasta trzeba przejść, żeby dostać się na odpowiednią wylotówkę, ale nie mam takiego złego czasu. A stamtąd do Miasta Księżnej Izabelli. I tu pojawił się mały problem. To nic, że znów miałam kawałek do pokonania pieszo. Gorsze było to, że miasto się kończy, a zaraz za nim jest zjazd na most na Wiśle. Oczywiście, droga jednopasmowa, do tego dość wąska. I co, mam przejść jeszcze dalej i dopiero za mostem zacząć zatrzymywać? Podrapałam się po głowie. No nic, idę. Palę przy okazji. Próbuję zatrzymywać, macham tym kciukiem, ale bez nadziei. Samochody jadą ciurkiem jeden za drugim i nawet jakby ktoś chciał, to nie ma jak się zatrzymać. Więc bardziej tak macham "dla zasady". Cóż, widzę, że jeden kierowiec furgonetki chciałby mi się zatrzymać, ale rozkłada bezradnie ręce. Tak, wiem, że nie ma jak. Idę dalej. Idę i patrzę... Na moście zrobił się korek. Auta stoją. Więc to ja teraz mijam kolejne samochody, aż docieram do wspomnianej furgonetki. Kierowiec uśmiecha się i macha, żeby wsiadała. To i ja się uśmiecham, i wsiadam zadowolona, że nie będę musiała dłużej czekać.
- A dokąd pani chce jechać?
- Ja? Oj... Daleko
- A ja też daleko jadę.
- Tak? A dokąd?
- Za Kalisz...
Jak siedziałam, tak myślałam że padnę. Zamrugałam z wrażenia. Miałam już transport do Cioci Wild!


Chyba przed 17 jeszcze dotarłam do Najstarszego Miasta i spędziłam ciekawy wieczór z sympatyczną osóbką. Ale już w sobotę rano - jedziemy dalej!
Nie miałam problemów z dostaniem się do Stolicy Wielkopolski. Ludzie chętnie się zatrzymywali. Problemy jednak pojawiły się w samym mieście. Bo o ile miałam przy sobie mapę polski, to już planu miasta nie. A wylądowałam na jego obrzeżach. Zapytałabym kogoś o drogę, ale nie bardzo wiem nawet gdzie się kierować. Ups. Dość szybko jednak wymyśliłam, że najlepiej będzie dostać się na Stare Miasto i stamtąd zadzwonić do Pana P. Pytam więc przechodniów, w którą stronę iść. I w odpowiedzi słyszę tylko:
- Aaa, to daleko.
- Długo będzie pani szła.
- A wsiądzie pani w ten autobus. Albo taki i siaki tramwaj. Albo weźmie pani taksówkę.
Nikt nie był w stanie zrozumieć, iż chcę tę trasę przebyć pieszo. Każdy odsyłał mnie do różnych środków transportu. Kiedy eN-ta kobieta tłumaczyła mi rozkład jazdy tramwajowej, skapitulowałam. Tym bardziej, że...
- Wie pani, ja trochę się spieszę. Przejdzie pani ze mną na przystanek, to po drodze pani powiem.
No dobra. Pojadę. Tylko nie widzę nigdzie po drodze kiosku ani nic innego. Pytam więc owej pani:
- A u kierowcy można kupić bilet?
- Nie, raczej nie. Hmm... Poczeka pani chwilkę.
Wyjęła z kieszeni kilka biletów i dała mi jeden. Nawet nie wiecie jak szeroko się uśmiechnęłam.
Rzeczywiście, na Stare miasto jechało się dość długo. Po chwili jednak dotarłam pod słynne koziołki. Załapałam się nawet na ich południową sesję.
Ale, ale... Jestem już na miejscu, więc dzwonię do Pana P. I mówię mu, że jestem w Stolicy Wielkopolski. Cisza. Chwilowy szok i w końcu pytanie:
- A gdzie konkretnie jesteś?
- Na Starym Mieście. Pod koziołkami.
- A jak tam dojechać?
Tego pytania nie zapomnę chyba do końca życia ;)
Jakoś dojechał. I miło spędziłam dzień. Nawet pomimo przerażenia w oczach rodziców P, którzy nie mieli chyba nawet pojęcia o moim istnieniu. No cóż ;)
Ale przychodzi niedzielny poranek i trzeba wracać. Następnego dnia zaczynają się studia, muszę więc jakoś dotrzeć do Miasta Kawy i Papierosów.


Odprowadzona na wylotówkę, zaczynam zatrzymywać samochody. Ale mało ich jedzie, a jak już jadą, to dość szybko, więc nikomu nie chce się hamować specjalnie dla mnie. Pół godziny mija i w końcu coś się zatrzymuje.
- Szybko, niech pani wsiada, bo tu nie wolno się zatrzymywać!
Taaak? Nie wiedziałam nawet ;) Ale jedziemy.
- A pani dokąd tak z rana?
- Dalekooo...
- Bo ja to do Konina jadę.
I jak tu się nie uśmiechnąć? Całkiem nieźle. Spory kawałek będę miała z głowy. Wkrótce jednak uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Bo okazało się, że ów Pan kierowca wiezie jakieś paczki dla znajomego, a ten znajomy czeka na niego w Koninie i stamtąd będzie jechał do Warszawy. I zapewne będzie mógł mnie tam zabrać. Co prawda nie miałam w planach wracania przez stolicę, jednak skoro trafiła się taka okazja, to trudno było nie skorzystać. Myślałam, że to mój szczęśliwy dzień. Rzeczywiście, ten znajomy jechał do Warszawy i zabrał mnie ze sobą. Jednak kiedy dotarłam do stolicy, skończyło się moje szczęście.
Pan wysadził mnie jakoś na obrzeżach i miałam sobie dojechać komunikacją miejską na drugi koniec. Zaopatrzyłam się w bilet (szósty zmysł kazał mi kupić "dobowy" zamiast "godzinnego") i ruszyłam na przystanek. Och! Zapomniałam jeszcze dodać, że byłam wtedy pierwszy raz sama w Warszawie. Wcześniej kilka razy, jakoś przelotem, ale zawsze z kimś, kto zna miasto i wie jak się po nim poruszać. Ale teraz byłam całkiem sama.
I tłukłam się w autobusach miejskich, próbując znaleźć lubelską wylotówkę. Z jednego końca w drugi, z trzeciego w czwarty. Nie mając pojęcia, gdzie jestem. Kompletnie! Tabliczki na przystankach nic mi nie mówiły. Rozkłady również. Próbowałam pytać ludzi, ale nic mi to nie dawało. Kręciłam się w kółko. A robiło się co raz później. Słońce zniżało się do zachodu. Zgubiłam się. Tak, zgubiłam się w Warszawie.
Stanęłam na przystanku. I co dalej? Za chwilę będzie już za późno na zatrzymywanie aut. Do celu jeszcze wiele kilometrów. Jestem sama. W dodatku nie wiem gdzie. Sprawa wydawała się beznadziejna.
Więc co może zrobić Ina w takiej sytuacji?
Tylko jedno.
Rozpłakać się.


Tak po chamsku i beznadziejnie. Bo nie wiem, co robić, bo nie wiem, jak wrócić, bo wszystko mnie przytłoczyło. I płaczę na tym przystanku, ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę, ale nie dbam o to. Chociaż tyle mi chyba wolno, nie?
Więc stoję i płaczę. Już nie potrafię myśleć logicznie.
Ale nagle odzywa się mój telefon. Dzwoni taki znajomy. Jako jeden z nielicznych wiedział o mojej wycieczce i chciał zapytać jak tam to wyglądało. Ale jak usłyszał w słuchawce mój chlipiąco-załamujący się głos, mógł zadać tylko jedno pytanie:
- Co się stało?
Próbując powstrzymać choć na chwilę łzy, powoli przedstawiłam mu swoje położenie.
- A gdzie dokładnie jesteś? Na jakim przystanku?
- Tu i tu.
- Poczekaj chwilę - rzucił krótko i się rozłączył.
Nie minęło jednak pięć minut jak zadzwonił ponownie.
- Słuchaj, teraz musisz wsiąść do autobusu XY, przejedziesz 8 przystanków, wysiądziesz, po lewej stronie masz wejście do metra. Pojedziesz metrem 2 przystanki w stronę tą i tą i jak wysiądziesz, będziesz na dworcu centralnym. O TEJ godzinie masz pociąg. Jak nie zdążysz, to następny masz jeszcze o TEJ i o TAMTEJ. Dasz radę?
Pomyślałam wtedy, że chyba jednak anioł stróż nade mną czuwa. Szybko znalazłam autobus XY, ale wysiadłam z niego już na pierwszym przystanku. Dlaczego? Autobus był co prawda właściwy, lecz... jechał nie w tę stronę. I tak dobrze, że szybko zdałam sobie z tego sprawę. Dalej już było bez problemów. Na pierwszy pociąg już nie zdążyłam, ale zabrałam się drugim. Drugi pociąg, jak na złość, miał spore opóźnienie. Ale to już nie było istotne. Również to, że moja legitymacja z liceum właśnie straciła ważność, a studenckiej jeszcze nie posiadałam, w związku z czym musiałam jechać na całym bilecie. Ważne było to, że jechałam.
Na  dworcu PKP w Mieście Kawy i Papierosów czekała na mnie Anna. Było chyba koło 22 jak tam wreszcie dotarłam. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam na jej widok. I poszłyśmy. Razem. Na naszą wymarzoną stancję, tuż obok Parku Saskiego. By następnego dnia rozpocząć pięć lat polonistyki.



Ina

PS Nawet nie wiecie jak żałuję, że nie miałam wtedy własnego aparatu.

PPS Ciekawostka taka: przystanek w Warszawie, na którym ryczałam jak wariatka, znajdował się przy ulicy Płowieckiej. Stamtąd jest już naprawdę blisko na lubelską wylotówkę. Ale o tym dowiedziałam się dopiero jakiś miesiąc po mojej "wyprawie" ;)

Okno na wschód

Okno na wschód

A moje okno wychodzi na wschód. W zasadzie nawet dwa okna. I drzwi, chociaż one akurat zwrócone są twarzą ku północy.
A moje okno wychodzi na wschód. Przed nim rośnie duży orzech, który każdej jesieni straszy spadającymi kamieniami.
A moje okno wychodzi na wschód. Dlatego tylko rano, na początku, w domu jest dużo światła. Albo i nie.
A moje okno wychodzi na wschód. I nieraz, jak wczoraj, stroi sobie ze mnie żarty. "Spójrz w niebo! - mówi - to będzie piękny dzień!". A potem ten piękny dzień płata mi figla wiatrem i śniegiem.
A moje okno wychodzi na wschód. To okno poranków. Na nich się skupia, nie myśląc wcale o zachodach.
A moje okno wychodzi na wschód. I chociaż ostatnio nie ma w nim słońca, wiem, że ono gdzieś tam się chowa.
Bo przecież jest.
Bo przecież to okno na wschód.





Ina

Kot&Roll

Kot&Roll

Dziś Pan Kotek wlazł na płotek,
na gitarze gra
i nie czując że rymuje,
miauczy sobie tak:


"Moja Kotko! Drogie Złotko!
Czemu mówisz <<nie>>?
Ja tu płaczę! W drzwi kołaczę!
Co znów robię źle?

Ma Koteczko! Chociaż deczko!
Cień nadziei daj!
I nie prowadź prostą drogą
na rozpaczy skraj".



I tak śpiewa, łzy wylewa,
aż mu braknie tchu.
Ale ona - niewzruszona,
serce ma jak lód.

Cały dzionek, jak skowronek,
biedak śpiewał. Cóż...
Lecz z wieczora, późna pora,
Kot chce pić i już!

Dobra Ina trochę wina
w miskę wlała mu.
Wszak na jęki, życia męki,
wino zdziała cud.

Chlipie Kotek, pije Psotek,
ciszę mąci mlask.
Pusta miska? Hyc! Kocisko
znów na płotku gra.



"Próżna Kotko! Czcze Pazłotko!
Minął już twój czas!
Głupi byłem, wciąż wierzyłem,
lecz nie będzie <<nas>>.

Tobie grałem, lecz zmądrzałem,
teraz lepiej wiem.
Jestem młody! Chcę przygody!
To wolności zew!

Jam jest Kotek, oto płotek,
Na gitarze gram.
Śpiewam, skaczę i kozaczę:
Ram tam tam tam tam".



Późną nocą, gwiazdy złocą
czarny nieba koc,
lecz Kot dalej gra wspaniale,
czuje w sobie moc.

Nikt na dworze spać nie może.
W domu także nie.
I złość kipi. Łóżko skrzypi.
Kotku! Będzie źle!

Przyszła Ina (jej to wina!)
i nad Kotkiem stoi.
Patrzy w oczy, coś mamrocze,
a ten się nie boi!

Więc złapała Kotka - Psotka,
już nie będzie grał na płotkach.
Rym urwała mu w pół słowa,
na zakładce wylądował.



Ina

Jesteś tak piękna...

Jesteś tak piękna...

Balladka o Śpiących Królewnach

Balladka o Śpiących Królewnach

Kilka słów o Pani B, czyli skąd się biorą cudaki na świecie

Kilka słów o Pani B, czyli skąd się biorą cudaki na świecie
Wszelakie podobieństwo do prawdziwych (a już tym bardziej fikcyjnych)  osób i wydarzeń jest jak najbardziej (nie)przypadkowe.

Pani B to istny czort w ludzkiej skórze. Choć nazywanie ją Panią jest nieco na wyrost. Ma bowiem raptem 20 lat. Ale nie skupiajmy się na wieku, wszak od tych 20 lat o wiele istotniejsze jest diabelsko ciemne spojrzenie i piękne, kruczoczarne włosy*.
Copyright © 2016 Świat według Iny , Blogger