Bo mnie nosiło..

No dobra, teraz, już na spokojnie, mogę przyznać się bez bicia. To był bardzo głupi pomysł!
Pojechać w góry - no okej. Ale samemu? Tak całkiem, całkiem samej na drugi koniec Polski? Jeszcze żebym kiedyś tam była. Nie byłam. W podstawówce pojechałam na kolonie do Zakopanego. Ale to było dawno i nieprawda. I niewiele pamiętam. I tyle. Kondycji dobrej też nie mam. Całe dnie w sklepie albo w domu przed laptopem. Orientacja w terenie? Zerowa. Przez pierwszy miesiac na studiach gubiłam się w humaniku. Do tego o tej porze roku? Mokro, ślisko, śnieg też się zdarzył... Wszystko mogło się stać.
Ale jestem z powrotem.




To wszystko dotarło do mnie tak naprawdę dopiero dzień przed wyjazdem. Kiedy miałam już wszystko przygotowane, spakowane... Spanikowałam jak nie wiem co. Wcześniej to była taka euforia. Bo jest długi weekend, bo mogę gdzieś pojechać, coś zobaczyć, a skoro nigdy nie byłam w górach, dlaczegóżby nie wybrać się właśnie tam? Bo co, bo ja sobie nie poradzę? Bo nie mogę jechać sama? Niby dlaczego? I co, ja nie wejdę na Szrenicę? To nic, że nigdy nie wchodziłam na żaden szczyt. Na pewno sobie poradzę! Bo chcę, bo chcę coś zobaczyć, gdzieś pojechać, coś zrobić.
Zrobiłam. I nie żałuję.



Dwa dni w górach nauczyły mnie kilku rzeczy.
Czego?
Przede wszystkim tego, że schodzenie w dół wcale nie jest łatwiejsze od wchodzenia pod górę. Oczywiście, Ci, którzy chodzą po górach doskonale o tym wiedzą. Ja dopiero tę prawdę odkryłam.
Aparat może przydać się w każdej chwili.
Podziwiam wszystkich tych, którzy wędrowali po szlakach z małymi dziećmi.
Ciul z jedzeniem, ale warto mieć ze sobą coś do picia. Najlepiej w termosie.
Mapa czasami na niewiele się zdaje.
Jak genialnym człowiekiem był ten, kto postawił na mojej trasie biedronkę.
I moja mantra na szlakach:
Nie patrzeć przed siebie, bo przerażę się tego, ile muszę się jeszcze wspiąć pod górę. Nie patrzeć za siebie, na to, co zostaje w dole - bo się przerażę, że jest tak wysoko. Patrzeć pod nogi, uważać, żeby się nie potknąć i iść dalej. Powoli, przed siebie.
Jak już zeszłam, jak wróciłam i spojrzałąm za siebie, na góry, miałam ochotę krzyknąć "Jeżu kolczasty! Ja naprawdę tam byłam? No way!".
W sumie teraz też ciężko mi w to uwierzyć.Szczególnie, że siedzę w ciepłym domku. Chociaż nie, zakwasy przypominają mi o wszystkim.


Ale wiecie co? Nie żałuję ;)
I pewnie jeszcze kiedyś się gdzieś wybiorę...

Ina

18 komentarzy:

  1. Podziwiam!!!!
    Naprawdę podziwiam za odwagę. I tak zupełnie sama? ja bym się jednak bała. Bo co jeśli bym się poślizgnęła? Chodziłam po górach...zawsze z kimś. Kurcze chyba bym się nie odważyła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie nazwałabym tego jednak odwagą. "Szczęśliwi, którzy żyją w niewiedzy..."
      Ale dziękuję ;)

      Usuń
  2. Sprawdziłaś się. Super! Chrzest bojowy :) Ja gdy tak mam, uciekam nad morze( w górach mieszkam i też już widzę śnieg przez oko, a na trawniku stokrotki)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, pewnie jak się ma góry na co dzień to już ma się ich trochę dosyć ;) Morze też lubię i właśnie Gdańsk rozważałam jako alternatywę. Ale wygrały miejsca, których dotąd nie znałam.

      Usuń
  3. brawo :)))) też kiedyś wlazłam na Szrenicę, ale nie w śniegu :) gratuluję wytrwałości :) w niedzielę też byliśmy w górach, ale w Rudawach i bez śniegu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie bez śniegu (i mgły - co ważniejsze), są wspanialsze widoki ;)

      Usuń
  4. super :) też bym się bała i na taką wyprawę wybrałabym raczej morze, ale może dlatego, że w górach też zawsze z kimś i chyba nigdy nie byłam w górach w listopadzie... no w kazdym razie teraz masz już doświadczenie :) podziwiam :) no i zazdroszczę takiego samotnego wyjazdu, Ja to się muszę zadowolić wyjściem do dentysty na dwie godziny- zawsze jakaś odskocznia od rozchorowanej szarańczy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, chętniej oczywiście wybrałabym się z kimś, ale każdy miał jakąś wymówkę...

      Usuń
  5. Jasna pętelka! Lubię góry, ale nigdy o tej porze roku. A zdjęcia oszroniałych włosów były tego warte Całe szczęście, że zaprzyjaźnianie z górami przeszło tak łagodnie. Ufff!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Góry listopadowe są zmienne i chyba jeszcze bardziej niebezpieczne, przez to fascynują, ile tylko się da. Ale poczułam wielką ulgę, jak wróciłam "na dół" ;)

      Usuń
  6. Uwielbiam góry, szczególnie ich podnóża :) Dlatego podziwiam i gratuluję odwagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo szczyty dla mnie to za wysoko.

      Usuń
    2. Jak to się mówi? Marz o rzeczach wielkich - to pozwoli Ci zrealizować przynajmniej kilka małych. Poza tym - wyczytałam ostatnio, iż mężczyćni podobnóż lubią robić rzeczy trudne. Obalasz ten mit?

      Usuń
  7. Niesamowita jesteś! Tych przeżyć nikt Ci nie zabierze. Zdjęcia cuuudne!!! Pozdrowionka:*

    OdpowiedzUsuń
  8. też sobie po pierwszym razie mówiłam 'nigdy więcej'... ale góry mają to do siebie, że przywiązują... i chce się do nich wracać :)
    wbrew pozorom nawet samemu może być dobrze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście że może ;) Buzia cały czas mi się uśmiechała, nawet jak ziajałam zmęczona to się z siebie śmiałam ;)

      Usuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo ;)

Copyright © 2016 Świat według Iny , Blogger