Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacki. Pokaż wszystkie posty

Moje żywioły

Moje żywioły

Słowacka zakładka

Słowacka zakładka
A dziś kolejna zakładka ksiażkowa. Tym razem z Juliuszem. Dwustronna:


Dlaczego Słowacki nas zachwyca?

Dlaczego Słowacki nas zachwyca?
Oczywiście, wszyscy wiemy dlaczego, prawda? Ponieważ Słowacki wielkim poetą był!
Dziękujemy Gombrowiczowi za odnotowanie tego faktu (ekhm) i przynanie Słowackiemu należnego mu miejsca w historii literatury. I to nic, że obecnie Gombrowicz jest bardziej "modny" niż Juliusz. Ja wolę to co wolę (nie obierając oczywiście sławy żadnemu z tych panów).
Ale ale. Spróbujmy ino spoważnieć. Skąd ten Słowacki? Skąd tutaj, tak nagle? To znaczy, pewnie niektórych to nie zdziwi. W końcu jak ktoś ma obsesję, to powinna być norma. Ale dziś to tak nie do końca przypadkiem. Juliusz jest tu, gdzie powinien. Dlaczego?

Pozytywna niedziela i zeszłotygodniowa stolica

Pozytywna niedziela i zeszłotygodniowa stolica
Pozytywna niedziela? A czemu nie?
"Coś" z kończącego się już tygodnia:


Ina, Juliusz, rzucanie staników i takie tam

Ina, Juliusz, rzucanie staników i takie tam
Dziś ciut zbiorczo, nie do końca poważnie i... No właśnie. I jak?
Inowato jednym słowem.
Nie wiem, czy Wy też tak macie, że nazywacie różne cechy, rzeczcy, zachowania od swojego imienia. Wiele rzeczy jest inowatych. A jak kiedyś zaczęłam sie zastanawiać, co to właściwie znaczy inowate... nic dobrego z tego nie wyszło. Definicja, jaką udało mi się zbudować nie brzmiała zbyt zachęcająco. Ot, tak inowato, czyli następująco:
Inowate - eufemizm słowa popie*****ne
W wersji łagodniejszej: dziwne, zakręcone, zamotane, ale na swój sposób.
Ot i cała Ina. Ale po co to wszystko? To tylko literka I do ArtWizytownika:


Inowate
czyli...?

Bo I jak Inowate, prawda?
I zaraz za tym lierka J. Tu również nie zastanawiałam sie długo. Chociaż, nie powiem, kusiły mnie zaimki nieokreślone (to zboczenie polonistyczne wyłazi w najróżniejszy sposób!). Ale zwyciężyła miłość mojego życia (zaraz po synu rzecz jasna).


J
Jak 
Juliusz
Bo jak tu go nie kochać?


Ale to jeszcze nie wszystko.
Taka jedna Brunetka z Pinezką wymyśliły mała zabawę. Ten duet wygląda mi na niezłą spółkę z o.o. (i mówi to ta, co niby jest normalna). No ale dobrze, dobrze. Temat wpisu żurnalowego: Gabaryt B.
Skojarzyło mi się automatycznie:


To jeden z tekstów mojej znajomej. Zawsze powtarzała, że jest córką stolarza, więc jest płaska jak deska. A ja? Też mam ten problem. Chociaż nie! Wróć! Tfu, żaden problem! Po prostu jestem w tej samej sytuacji. I także (naprawdę) jestem córką stolarza.
Ale czyż małe nie jest piękne? W końcu nawet B, nawet 75 B nie jest takie złe. Kompleksy? Kiedyś może były. Ale w końcu trzeba się cieszyć z tego, co się ma, prawda? ;p

Czy naprawdę ze mną wszysko ok? ;)

Rozmaitości

Rozmaitości
Hej, hej. I znowu ja. 
Dziś już mi trochę lepiej. Co prawda, boli nadal, jednak przynajmniej jestem w stanie cokolwiek robić. A robię całkiem sporo. Chcecie zobaczyć? ;)

A więc, po pierwsze. 

Tag.

Na skrapki-wyzwaniowo pojawiła się propozycja, żeby stworzyć pracę zainspirowaną "czymś nowym" (LINK). Powstało więc małe coś. A co to ma do nowości? Wiele i nic, chciałoby się powiedzieć.
Przede wszystkim: kredki. Zwykłe, ołówkowe. Od nowa odkrywam, jaką frajdę sprawia rysowanie nimi. Dodatkowo wiąże się to z sytuacją, która będzie dla mnie nowa: Julo od września idzie do przedszkola. Kredki chyba więc pozostają w temacie przedszkolnym;). I co tu jeszcze z nowości? Jak już wspominałam jakiś czas temu, mam od niedawna dwie małe, rozrabiające kotki - współlokatorki. Jak to się ma do całej reszty? Kolejne małe szczęścia;)

A pracka wygląda tak:


Dodatkowo, jako, że jest tagiem. Może specyficznym, ale jednak. I chyba jednak w klimatach wakacyjnych: zarówno w kolorystyce jak i przekazie. Zgłaszam go więc na wyzwanie na Craft Artwork (LINK).

Ale lećmy dalej. Jest jeszcze jeden tag., W zasadzie tag - żurnal ;). 
Też na wyzwanie na Craft Artwork (LINK). Tym razem tematem miała być zawartość torebki, więc... Hmm;) 
Szczerze mówiąc, pierwsza moja myśl - chaos. Ale zaraz potem zaczęłam się zastanawiać. Bo przecież moja torebka, to taki swój własny świat. A co za tym idzie, taki mały EKO - SYSTEM ;) Powstał więc tagowy ekosystem.


A do tego, wybaczcie, ale nie mogłam się powstrzymać, Ina szperająca w swoim małym ekosystemie;)


Ale to jeszcze nie koniec na dzisiaj. Jeszcze jedno wyzwanie na CA. Tym razem mini - książeczka. (LINK) Robiłam wcześniej książeczkę o emocjach, co było dla mnie nie lada wyzwaniem. Kolejnym tematem stały się pasje. A jakie ja mam pasje?
W zasadzie jest ich wiele. Ale jedną z najważniejszych jest Juliusz Słowacki. To nawet nie pasja. To bzik. Fioł i nie wiem co jeszcze. Przecież syna po nim nazwałam Juliusz;) A może to prawdziwa miłość? Szkoda tylko, że niespełniona... No ale cóż, zawsze powtarzałam, że powinnam urodzić się w XIX wieku...


Ta książeczka, w odróżnieniu od poprzedniej, jest robiona z przymróżeniem oka. Co zresztą da się zauważyć;) Ogólnie schemat jest prosty: na jednej strony moja teksty, wypowiedzi, a na kolejnej cytat z Juliusza. Wszystko skomponowane tak, aby tworzyło, lub przynajmniej próbowało tworzyć, zgrabną całość.


Pasjami rwę włosy z głowy / Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei



Biegam po deszczu, kocham się w wietrze, lecz / Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy 


Z głową ku górze wciąż prę do przodu bo / Los mię już żaden nie może zatrwożyć


Pasją mą nadzieja złodziejka i mała mysz / Zostanie po mnie ta siła fatalna


Więc chociaż już późno i herbata wystygła / Więc taki już los mój na grobowcach siadać i szukać smutków błahych, wiotkich, głupich


Siedzę przy stole niezreformowana, naiwna jak koza co kocha barana / Ta droga moja: żyć, cierpieć i tworzyć. I wszystko to czynię a więcej nie mogę


Niestety, do części napisów użyłam atramentu. Tak, chciałam nadać klimat. A wyszło jak zwykle. Ciut się rozmazało, przez co nie wszystko jest do końca czytelne :/

Pracek tyle, chociaż nie... Może wyzwań tyle. A co do pracek... To chciałam pokazać Wam coś jeszcze innego:


Bransoletka. Ale nie taka zwykła. Robiona zgodnie z instrukcją na TYM blogu. Z tą jednak różnicą, że... 
Po pierwsze, nie miałam jako takich zawieszek. W sumie zawsze coś mogłabym zmajstrować, ale. No właśnie. Nie wiem, czy też macie taki problem z biżuterią jak ja. Otóż jestem uczulona na jakiś dziwny metal, taki, którego używa się praktycznie wszędzie. A co za tym idzie - nie mogę nosić nic metalowego. Złoto i srebro przejdzie. Ale nic więcej. Metalowe elementy pasków do spodni mnie uczulają. Ostatnio kupiłam sobie kauczukowy łańcuszek. No i co? Tez dostałam uczulenia, bo miał metalowe zapięcie. Kolczyki? Tylko antyalergiczne. Ale i tak co jakiś czas muszę robić przerwy. I to dłuższe.
A więc metalu, kimkolwiek jesteś, nie lubię Cię!
Zawieszki musiałam więc tak zmajstrować, żeby móc je nosić. A z pomocą przyszedł mi... Mój ukochany quilling;) Tak więc udowodniłam, że z papierka i rzemyka tez można zrobić bransoletkę;)

Ale to jeszcze nie koniec rewelacji na dzisiaj. Zazwyczaj co niedziele publikuję fotki. A że ostatnio tego nie zrobiłam... To dziś nadrabiam;)

To może na sam początek mój Julo ukochany i uchachany;)



Jego minki są wprost genialne, a fotki świeże - z niedzieli.


No i na deser. Moja mała sesja zdjęciowa. Coś z serii finding beauty in negative spaces. 
Pomysł do głowy wpadł mi wczoraj. Miałam sporo czasu (zanim mnie jeszcze bolało), postanowiłam więc pobuszować z aparatem w plenerze. Ale tu odezwało się moje lenistwo. Bo mam swoje ulubione miejsca. Ale kawałek musiałabym przejść. A mi się nie chciało;P Musiałam więc poszukać czegoś bliżej. Idealny więc okazał się... most! A w zasadzie teren pod mostem.


Jak to pod mostami bywa, tu popisane, tu pomazane, nie do końca ładnie pachnie i wszędzie walają się śmieci. Ale i tu można znaleźć odrobinę spokoju i piękna.


Jak patrzę na to zdjęcie to aż mi się chce zaśpiewać: I taką wodą być...


Jak jest most, musi być i rzeka. Niewielka i płytka. Przynajmniej teraz taka była;) Piwonia jej miano.






A to widok na rzekę z mostu. Prawda, że nieduża?



I most z ciut oddali.


Oczywiście, gdzie Ina tam i dymi.


I na koniec szalona fotografka amatorka.


I może na dziś już wystarczy. I tak się rozpisałam. I tak już Was zamęczyłam. Enjoy i do następnego!





Gdzie pot, łzy i krew?

Słowem wstępu od autorki. Zawarte tu poglądy, są moje i każdy ma prawo się z nimi nie zgodzić. Jednak mi ust nikt nie zamknie. 
Dziś 4 września. 202 rocznica urodzin. Jego urodzin. 
Świętujcie ze mną! 

Krwi sztuce potrzeba! Krwi i łez! Gdzie te czasy, kiedy ludzie tworzyli całym swoim życiem? Czyż naprawdę wszelki artyzm przesunął się w kręgi muzyczno-publicystyczne? A co z nią? Quo vadis, literaturo? Quo vadis…
Bo sztuką nie jest wstać sobie rano, pomyśleć: „Napiszę książkę, ot! Będę sławny!” i potem tylko błyszczeć w świetle jupiterów. Bo sztuką nie jest pozować do zdjęć, rozdawać autografy i nawijać na uszy makaron z obiadu ufundowanego przez spragnionego wywiadu dziennikarza. Sztuką nie jest rozgłaszać wszem i wobec: „Jestem artystą i dobrze mi z tym”.
Sztuka to krew. Sztuka to ból, zwątpienie i łzy. Sztuka to taka rana, którą pielęgnujesz i opatrzasz każdego ranka, każdej godziny. A ona rośnie i boli co raz mocniej. W najlepszym wypadku utrzymuje swój byt.
Bo sztuka to niemoc. Walenie w ścianę. Wołanie o pomoc? Czasem też. To farba z lustra za paznokciami i burdel w pokoju. Burdel w głowie? Niekiedy. Bo sztuka jest wtedy, gdy zasiadasz przed pustą kartką krzycząc: „Wiem!” i nagle długopis wypada ci z dłoni.
Wiem. Nie powinnam się tu urodzić. I płaszcz Kordiana (do ciężkiej cholery!) nie będzie nigdy zrzucony z moich ramion. Wiem. Kopnijcie mnie i wyrzućcie na śmietnik. Ja będę.
Quo vadis, literaturo? Halino, ze złamanym sercem. Wacławie, z nie młodą – polską biografią. Czemu Sławomirze uciekłeś od nas? Juliuszu, dlaczego umarłeś?
Pusto. Czy też czujecie ten wszech obecny brak? Nicość, co jak miłosierdzie (podobno) wpycha się przez najdrobniejsze zakamarki?
I choć wiem, że to niesłuszne, wrzucać wszystko do jednego worka. I choć wiem, że jakaś siła przerabia tę garstkę w aniołów. I wiem, że nie tracę nadziei, bom żywa. Ale jednak kilka duchów w pysk powinno dostać.
Zdarza mi się czytać prasę. Nieczęsto, lecz jednak. Co wtorek – tygodnik lokalny. Ale to już bardziej z przyzwyczajenia. Z sentymentu. I z czystej złośliwości. Lecz zdarza mi się czytać wielkoformatową, modną prasę. Z nudów – niczego więcej. Szczerze.
Nowinki z wielkiego świata. Bo przecież to takie ważna, kto, co, z kim, kiedy i dlaczego. Ta wiedza jest niezbędna do życia jak powietrze. Nawet bardziej! Wszakże przyjemności cenione są wyżej niż potrzeby biologiczne. Bo w końcu oddychanie jest tylko potrzebą biologiczną, nieprawdaż?
Wielkie wydarzenie. Spotkanie z autorem. Promocja książki. Czytanie fragmentów. Gala na ochy i achy. Słynny prezenter, gwiezdna prezenterka, wielka piosenkarka. Przepych i bogactwo. Tylko dla VIP-ów.
Quo vadis, literaturo, do jasnej cholery!
Quo vadis?
Gdzie ten pot, te łzy, ta krew? Gdzie poświęcenie, trwoga i ból?
Jeżeli literaturą piękną zowie się książkę odkrywającą „prawdę” o liniach lotniczych, to czymże jest kicz?
Quo vadis, literaturo? Gdzie twe zbrojne surmy? Gdzie mury, dzięki którym przez tyle wieków byłaś dostępna tylko dla wybranych? Strącono cię z piedestału, by zapychać tobą dziury w ścianach i gęby natrętom. Już nie jesteś sama dla siebie. Już nie jesteś w ogóle. Nie jesteś piękną, nie jesteś żadną. Zatruta jadem utylitaryzmu i karierowiczostwa dogorywasz.
Quo vadis?
Juliusz się w grobie przewraca! Niedługo z filigranowej czaszki zostanie tylko pył. O ile już Ne został.
Quo vadis?!
Jeśli masz tak dalej istnieć, umrzyj! Jeśli masz dalej szargać imion wielkich, zgiń raz na zawsze. Jeśli się nie odrodzisz, przeklinam cię!
Choć wciąż jako żywa nie tracę nadziei…
Być może wkrótce nie dam rady. Złamane pióro wypadnie mi z ręki. Lecz gdy nie będę mogła pisać – pluć będę.


Ina

Zawsze o nim

Dojrzewam
W cieniu jego skrzydeł
Jak larwa rozwijająca się na gnijącym mięsie
Dojrzewam
Z każdym dniem
Co raz więcej wiem
Co raz więcej stawiam pytań
Na które mi nie odpowie
Dojrzewam
Z przekleństwem na ustach
Pianą i grozą w oczach
Bo nie ma dnia, żebym nie myślała
Bo nie ma dnia, żebym nie wiedziała
Wiem o nim
Wiem o sobie
Dojrzewam
Myślę, że kiedyś mi to wypomni
A może ominie
Spławi
Jak nic nie znaczącą Wiolettę
A ja dojrzewam
Kim będę?
Będę?
Jestem
Dojrzewam
W nim
Z nim
Obok niego
W jego smutnym spojrzeniu
Zachrypiałym głosie
I plwającym kaszlu

Zawsze dla mnie będzie Mistrzem. Autorytetem, którego podważyć nie sposób. Nie ważne jakbyś chciał, jakbyś się starał. Ja zawsze będę miała przed oczyma obraz smutnego człowieka siedzącego w fotelu. Sam. W jednym ręku kubek, w drugim fajka. I nie obchodzi mnie ani to, co było w tym kubku, ani tym bardziej to, czym fajkę miał nabitą.
Więc siedzi w fotelu. Zapada zmrok. Na biurku leży sterta papierzysk. Pióro. Kałamarz. Bezład. Chaos. On siedzi. I te oczy. Czarne, wielkie, przeszywające pomimo upływu czasu. I ten smutek. Biały gołąb nie opuszczał go od dzieciństwa. Był przy nim zawsze. Widziałeś kiedyś równie smutnego człowieka? Równie nieszczęśliwego, równie samotnego? Człowieka, który miał jedno zaledwie marzenie. Marzenie, które nie spełniło się za jego życia. A i po śmierci nań plują. Więc pluń! Pluń raz wtóry! Ja wystąpię przed szereg, dmuchnę i popsuję powietrze! Ja szalona? Ja jestem. Czy przeklęta? Ktoś zapyta. Czy wariatka? Ja Judyta! Spróbuj tknąć palcem – obgryzę.
Z ogniem w oczach będę go bronić do końca swoich dni.
Więc siedzi. Z gołębiem przy boku. Ze śladami śliny u swych stóp. O czym myśli? Nikt tego nie zgadnie. Może o różach, którymi zawsze pachniała jego dusza. Bo kochał róże. Jednak nie żałował ich, gdy la płonął. Może o duchu? Czy już? Czy jeszcze? Może o sobie i o tym, jak mu źle. Może o matce. Może o tym, co jeszcze musi zrobić. Może nie wiedział która jest godzina. Siedział. Sam.
Świeca już powoli dogasa. On ma oczy jeszcze szeroko otwarte. Klatka piersiowa porusza się niemal niezauważalnie w rytmie wdech – wydech. Pewnie niedługo przyniosą mu kolację. Zwykł był jadać sam. Od początku.  Siedzi. Może marzy mu się mały domek z wielkim ogrodem. Nad morzem? Nie, on woli ocean. Przecież ma zbawienny wpływ na jego zdrowie. Siedzi. A co siedzi na dnie serca? Nikt się nigdy nie dowie. Świeca już dogasła. Przekręcił głowę lekko w lewo. Zamknął oczy. Nie chciało mu się nawet wstawać. Nie, to nie lenistwo. To życie.
Może i miał wielkie mniemanie o sobie. Nie kłamał. Może i uważał się za geniusza. Był nim w istocie. Może… Ale jakie to ma teraz znaczenie? Był. Już go nie ma. Śpi i Nidy się nie obudzi. Śpi. I zasnął samotnie.
On, zawsze z tyłu. Zawsze w najlepszym wypadku drugi. On. Mój – nie mój. Narodowy. Tylko czemu naród ma go tam, gdzie nawet światło nie dochodzi? Wszak czerep rubaszny ciągle go skrywa. Nie doczekałeś się mój drogi wyswobodzenia. Ja też się pewnie nie doczekam.
Śpij. Niech spokój obejmie Twoje skołatane nerwy. I płuca.
Spij.
Ja będę.
Zawsze.


Ina

Copyright © 2016 Świat według Iny , Blogger