Włoskie sny: grunt to rodzinka

W końcu dorwałam się do skanera. Więc miłego czytania:

***


Rodzina to bardzo ważny element w życiu każdego Włocha. Przynajmniej w tej części Italii, w której przebywałam.
Ta rodzina, do której trafiłam, była dość duża.

Ale, słowem wstępu, zacznijmy od pewnej tradycji, która cały czas jest kultywowana w Altamurze.
Imiona zostają w rodzinie. To zasada najważniejsza. Jeżeli jakieś małżeństwo ma syna, to otrzymuje on imię po dziadku od strony ojca. Jeżeli to drugi syn – po dziadku od strony matki. Potem mogą być dalsi krewni. Analogicznie jest w przypadku dziewczynek.
Zgodnie z tą zasadą powinnam nosić imię… takie jakie noszę;) Chociaż nie. Moje imię powinna nosić moja starsza siostra. Ja nazywałabym się Marysia – po drugiej babci.

Ludzie, u których mieszkałam i pracowałam: Maria i Filip. Chociaż ja mówiłam zawsze na nią po naszemu – Maryśka;) I ci ludzie mięli siedmiu synów. Niestety, w tym momencie nie pamiętam imion ich wszystkich. Ale każdy z nich miał już swoją rodzinę, żonę i dziecko/dzieci. I sześciu na siedmiu miało synów. Dziadkowie mięli więc sześciu wnuków o imieniu Filip. Śmiesznie więc było, jak któryś przychodził pod nieobecność Maryśki. Kombinowałam zawsze jak wytłumaczyć, który to. Filippo grande – najstarszy. Był ciut starszy ode mnie. Filippo piccolo – najmłodszy, miał niecały roczek. Z dziewczynami było już mniej problemu. Poza tym – imię Maria daje więcej możliwości. Tak więc była między innymi Maria Teresa czy Maria Lucia. Ale dzieciaki i tak najczęściej rozróżniano poprzez dodanie imienia ojca: Filippo di Nicola – Filip, syn Mikołaja.
Mieszkaliśmy w bloku. Na tym samym piętrze mieszkał Lorenzo ze swoją rodziną: żoną Antolenną, córkami: Marią, Loredaną i Rosanną oraz synem Filipem. A piętro wyżej – nad nami – mieszkał kolejny syn – Angelo. Rodzinka była więc na wyciągnięcie ręki. Rosanna i Loredana były mniej więcej w moim wieku, choć to z tą pierwszą złapałam lepszy kontakt. Dziś ją mam nawet w znajomych na fejsie. Minimum raz na tydzień przyjeżdżał w odwiedziny najmłodszy syn – Francesco. To on był właśnie tatusiem najmłodszego Filipka. Dzieciak był fajny. Raczkował, biegał wokół stołu, jak trzymało się go za rączki. Początkowo bał się mnie co nieco, ale szybko się przyzwyczaił. Zawsze wychodziliśmy na balkon sprawdzić, czy pies szczeka. A tak przy okazji, wiecie, że psy w różnych językach różnie mówią? Polskie pieski robią hau hau, angielskie wow wow, a włoskie bau bau. Na szczęście koty wszędzie miauczą tak samo. A Filipek był przesłodki.

Jednak, pomimo ogromnego uroku osobistego, którego nie sposób było odmówić małemu szkrabowi, to nie on był tym z wnuków Maryśki, który wywoływał we mnie największe emocje. Był nim inny Filip. Filip syn Franki. Zabijcie, imienia ojca nie pamiętam. Wiek 5-7 lat. Okularki na nosie, krótkie, ciemne włosy. Rozwydrzony bachor. Często przychodził. Czasem zostawał na kilka dni i nocował. Oczywiście, Maryśka za nim przepadała, zresztą, jak za każdym ze swoich wnucząt. A mnie przyprawiał o ból głowy. Ja wiem, że dzieci w tym wieku rozpiera energia. Ale to było aż do przesady. Wszędzie było go pełno. A za mną łaził krok w krok. Gdy nie było nic do zrobienia, czytałam książki. A on mi wyrywał, zabierał i uciekał. Gdy słuchałam muzyki, on wyłączał. Bez powodu. Jak zmywałam – wyrywał mi naczynia i chlapał wodą. Pamiętam, jak kiedyś się zdenerwowałam i rzuciłam mu po polsku: jesteś głupi! Jakież było moje zdziwienie, gdy odpowiedział mi, po włosku oczywiście, że nie on jest głupi tylko ja. Ale ogólnie spędziłam z nim sporo czasu. Pokazywałam mu swoje zdjęcia, , a on nieraz przynosił mi płyty z muzyką. A z płytami wiąże się jeszcze inna historia.

Kiedyż mnie wkurzył i to ostro. A miał samochodziki powycinane z różnych gazet. Zabrałam mu więc te samochodziki (a ręce miałam mokre, bo akurat zmywałam) i wyrzuciłam do kosza. Tak, wiem, niedobra Ina. Chłopak się chyba nawet popłakał. A ja z tryumfalną miną wróciłam do przerwanej czynności. Postanowił się zemścić. W odwecie chciał wrzucić za telewizor jedną z moich płyt. A telewizor stał na regale, w dopasowanej wnęce, więc wyciągnięcie czegokolwiek zza niego było nie lada problemem. Ja nie wiem, jak Filip to zrobił, bo byłam w kuchni. Ja nie wiem, jak on to zrobił, ale za telewizorem, zamiast mojej płyty, wylądował pilot. Więc później była wesoła obsługa telewizora;)

Filipek, Filipek. To on nauczył mnie płynnie liczyć. To z nim grałam w różne gry planszowe. Ale go nie lubiłam.

Pamiętam, jak przyszedł gdzieś tak ze dwa dni przed moim wyjazdem. Wszyscy wiedzieli, że wracam do Polski i już prawdopodobnie nigdy mnie nie zobaczą. I Filip był inny. Był miły. Jak nigdy. Cos tam rozmawialiśmy. W niczym mi nie przeszkadzał i mnie nie denerwował. Bo obiedzie – jak zwykle fajka i sjesta. Idziemy na drzemkę. Poszedł ze mną, przytulił się i spaliśmy razem. To było takie słodkie. Obiecał mi jeszcze przyjść na dzień przed moim wyjazdem i się pożegnać. Ale nie przyszedł. Ale to już inna historia.

I obiecane zdjęcia:
Filip - moje utrapienie
Ja z moim utrapieniem
I jeszcze z dziadkiem, którym się opiekowałam
Z najmłodszym Filipkiem
Ina

2 komentarze:

  1. Koszulkę z Barney'em zamówiłam na allegro :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo ;)

Copyright © 2016 Świat według Iny , Blogger